Nastała
cicha, spokojna noc. Księżyc jasno świecił wysoko na rozgwieżdżonym niebie,
rozpraszając mroki nocy. W szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart, panowała
cisza jak makiem zasiał. Wynikało to z tego, że niemal wszyscy mieszkańcy zamku
przebywali teraz w krainie Morfeusza.
Na wieży Astronomicznej, przy samej barierce siedziała pewna ciemnowłosa uczennica z domu Godryka Gryffindora.
Jej orzechowe oczy były wpatrzone w nocne niebo. Szatynka wprost uwielbiała obserwować gwiazdy. Nadal wpatrując się w firmament, mocniej opatuliła się kocem, gdy powiał lekki, chłodny wiatr.
Nagle dziewczyna usłyszała jakiś
hałas. Od razu pomyślała o tym, że to woźny Filch się tu zbliża, jednakże po
chwili zdała sobie sprawę, że nie słyszy jego człapania. To tak, jakby ktoś
upadł z łoskotem. Po chwili szatynka usłyszała ciężkie kroki. Niewątpliwe było
to, że owa osoba coraz bardziej się tu zbliżała. Dziewczyna nawet nie miałaby
się gdzie ukryć, jednak gdyby miała i tak by nie zdążyła. Na wszelki wypadek
wyciągnęła różdżkę, a wtedy przypomniała sobie o zaklęciu kameleona, które
szybko na siebie rzuciła. Właśnie wtedy,
drzwi prowadzące na wieżę Astronomiczną otworzyły się, a w nich pojawiła się
blond czupryna jednego z uczniów domu
Salazara Slytherina. Serce Gryfonki mocniej zabiło na jego widok. Od razu go
rozpoznała. Blondyn trochę podpierał się o futrynę, a potem chwiejnym krokiem
ruszył w stronę balustrady. Nagle szatynka pisnęła z przerażenia, gdy
zobaczyła, co pijany chłopak chce
zrobić, jednak on tego nie usłyszał. Widziała jak próbował wdrapać się na
balustradę, ale na szczęście jego stan bardzo mu to utrudniał. Nie mogła na to
pozwolić, nie mogła dopuścić do tego, by on coś sobie zrobił.
